Praca, ciężka fizyczna praca jest ostatnio jedynym sposobem na każdą moją bolączkę. Dziesięć zdrowo przepracowanych godzin sprawia, że oceniam siebie nieco lepiej, ale dobrze i tak nie jest. Bo staram się, naprawdę się staram. Wmawiam sobie, że kilka spraw mnie nie dotyka, nie boli, udaję, że nie istnieją, sabotuję ile umiem, ale z czasem i tak wszystko dopada mnie od nowa. Jestem na tyle zdesperowana, że w jednej chwili postanowiłam naprawić swoje życie, pobiegłam zrobić badania, zapisać się do lekarza, rzucić palenie, nie pić butelki wina niemal każdego dnia, zacząć znów uprawiać sport hurtowo i zdrowo się odżywiać, odstawić wszystkie inne używki oraz przestać pisać listy na facebooku w średnio kontrolowanym stanie świadomości. Niby od trzech dni powinnam prowadzić nowe życie,  ale…

Czy to dlatego od dawna niewidziana przyjaciółka bulimia pojawia się przy mnie teraz, kiedy chwilę wcześniej pojawił się Architekt? Architekt piszący wprost, że jeśli już, to jedynie łóżko, ale wiesz, zróbmy to tak, żeby chciało się to robić ponownie… Uśmiecham się, przytakuję, ale wiem, że oszukuję siebie samą, bo od tego człowieka chciałabym więcej. Dlatego, żeby sobie oszczędzić rozczarowań, ewentualnego szlochu w mankiet Anity, postanowiłam skończyć tę znajomość. Na tyle skutecznie, że dzisiaj znów rozmawialiśmy. I to nie o Zumthorze czy Zawiejskim… W desperacji udałam się również na kilka randek z Kulturystą, którego oceniam różnie. Niesprawiedliwie, ponieważ mam go za idiotę, którym nie jest. Sprawiedliwie, ponieważ przeleci każdą, która nie odmówi. Czy ja jestem każdą? Owszem, w życiu niektórych mężczyzn na pewno tak, w życiu Kulturysty na pewno nie…

Jestem rozczarowana sobą. Po prostu.

Że niby ostatnio był tutaj sierpień, a teraz już listopad? No leci, leci. Zmiany – podobno owszem też. Skończył mi się pomysł na to, o czym mogłabym tutaj pisać? Ileż można wałkować samotność, wewnętrzne rozkolebanie, jednoczesne pragnienie bliskości i nieumiejętność zaangażowania się bardziej? Zajrzałam tutaj dzisiaj, bo M. przypomniała mi o tym miejscu. Poczytałam, pouśmiechałam się trochę nad własną naiwnością… Nie, żebym obecnie nie była naiwna albo chociaż trochę mniej. Nic z tych rzeczy. Przestałam jedynie pakować się w znajomości bez tzw. perspektywy. Boski, Paw, Gruby i cała reszta z ostatnich ośmiu lat jakoś poskładała swoje życia, niektórzy zdążyli je zdekompletować nawet… A ja? Ech… Nie mam już siły na budowanie relacji, na szukanie ich, lgnę do wszystkiego, szukam emocjonalnych paliatywów, tymczasowych zapychaczy na samotność. Nie odróżniam czczych obietnic od szczerego wyłożenia kawę na ławę. Przerażona jestem tym, że teraz ze mną może już być tylko gorzej. Że moje życie będzie się toczyło jedynie na temat braku faceta… Przecież to nie tak miało być! I nie tak to sobie wyobrażałam. Tymczasem od paru godzin odstawiam histerię pt. Architekt mnie nie chce, nie zadzwonił od niedzieli. Jestem zwyczajnie głupią cipą, mój Wspólnik ma rację.

Ludzie, co Wy z tymi odwiedzinami? Posrało Was? Nie przewiduję numerów w totka ani kursu franka, nie opowiadam o Kepplerze, Infeldzie, nie wykładam o wczesnym Schiele ani nie piszę niczego, co byłoby równie ambitne jak np. u Telemacha… Więc dlaczego mnie odwiedzacie?

Poza tym utknęłam między jednym a drugim leczeniem ortodontycznym, błogo ciągnę na tramalu, między fakturą VAT a paragonem fiskalnym nie znajduję czasu na ważne rzeczy – te w stylu mądrości życiowych itd. Wiadomo, proza aż boli. Za chwilę dwudziesty i dwudziesty piąty, trzeba będzie się z szanowną RP rozliczyć, nie  mam czasu na nic…

Wśród wyszukiwanych fraz, które kierowały do tego miejsca, najbardziej rozbawiła mnie jedna: „przeleciał mnie facet i zostawił”…  Samo życie, nieprawdaż?

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.